środa, 10 grudnia 2014

2. Amortencja.

W końcu dotarli do portretu Grubej Damy. Prefekci podali wszystkim aktualne hasło (złote hipogryfy) i fala uczniów wlała się do Pokoju Wspólnego mieszczącego się za obrazem. W środku było bardzo przytulnie. Ogień w kominku łagodnie oświetlał pokój zabarwiając go lekko na pomarańczowo. Tu i ówdzie stały wysiedziane, trochę zżarte przez mole fotele.
- Za 10 minut impreza! - ledwo przekroczyli próg, a huncwoci już informowali o tym wszystkich. Lily oczywiście nie była zadowolona, ale Remus jakoś ją przebłagał. Pomimo iż był ich przyjacielem Ruda wierzyła, że ich dopilnuje. Zawsze tak było. Cokolwiek robili on ich pouczał, co prawda nie za każdym razem, ale często.
Wśród okrzyków huncwotów i przyjaciółek, żeby została, weszła po schodach do dormitorium. Na drzwiach wisiała złota tabliczka, tym razem z napisem "KLASA V".
Dormitorium dziewcząt wyglądało jak zawsze na początku roku. Czysty, okrągły pokój z czterema łóżkami. Po kilku dniach sypialnia nie wyglądała już tak pięknie. Pourywane kotary leżały porozwalane po podłodze, na ziemi mnóstwo dziwnych przedmiotów o szafie lepiej już nie wspominać... Mimo wszystko wspaniale się tu mieszkało. Dziewczyny porozwieszały na ścianach mugolskie plakaty z zespołami muzycznymi, modelami bez koszulek, przystojnymi aktorami i przykleiły je zaklęciem trwałego przylepca. Normalne hogwardzkie poduszki pozamieniały na swoje własne zrobione przez siebie. Wszędzie kładły zdjęcia swoich rodzin, ukochanych chłopaków i te na których były wszystkie razem. Czasem robiły nawet dziwną fortecę z mebli, kiedy chciały poczuć się odgrodzone od całego świata lub po prostu spędzić babski wieczór.
Lily usiadła na swoim świeżo posłanym łóżku. Pachniało świeżością i drewnem. "Wspaniale" pomyślała. Zawsze napawała się tym początkowym porządkiem. Później skrzaty domowe ich nie odwiedzały (oprócz momentów, w których ocieplały im kołdrę) po części dlatego że specjalnie wszędzie rzucały ubraniami, ale też dlatego że dały im wyraźnie do zrozumienia, że nie życzą sobie sprzątania ich królestwa. Porządek ponownie panował dopiero ostatniego dnia szkoły. Porządek w porównaniu z tym co było w ciągu roku.
Gryfonka wyjęła ze swoje kufra, jak zawsze położonego pod odpowiednim łóżkiem, zdjęcie swoich rodziców i położyła je na szafce nocnej. Wzięła też nowy plakat The Beatles i przykleiła go nad łóżkiem Alicji. Taki mały prezencik, dziewczyna kochała ten zespół. Ponownie siadając na łóżku w pośpiechu chwyciła swoją poduszkę i zaczęła ją wąchać. Napawała się zapachem kochanej poszefki, a zza drzwi dobiegały dziwne hałasy. Wyglądało na to, że jakiś chłopak chciał dostać się do dormitorium dziewcząt. Lily zachichotała. Kiedy jakikolwiek mężczyzna postawi nogę na stopniu, schody zamieniają się w zjeżdżalnię. Chociaż była ciekawa, który gryfon był tak głupi, by sprawdzić skuteczność tej zamiany, nie podniosła głowy z poduszki. Rozległo się ciche szczęknięcie drzwi i do pokoju ktoś wszedł.
- Lily... Co ci jest? - gdzieś spoza poduszki rozległ się zaniepokojony głos Dorcas. Pewnie pomyślała, ze Ruda płacze. Ta niechętnie podniosła głowę i z wyrzutem spojrzała na przyjaciółkę.
- Nic mi nie jest, wąchałam poduszkę.
Dorcas spojrzała na nią jak na wariatkę i rzekła:
- Chodź na imprezę! Trzeba uczcić pierwszy dzień w szkole i wykorzystać cały stos Ognistej Whisky. I nawet mi nie mów, że musisz się uczyć, bo nawet nie mieliśmy lekcji!
- Nie widzisz, że jestem zajęta? - pokazała na poduszkę. - Nigdzie nie idę. - powiedziała po czym kichnęła. Jakiś pyłek z poszewki wpadł jej do nosa.
- Tia... Ćpaniem brudów z poduszki, czy co to tam robisz. Nie obchodzi mnie to, ale za 5 minut masz być na dole. Inaczej zaniosę tu Pottera i on sam cię tam wywlecze. - powiedziała i wyszła z dormitorium. Chcąc nie chcąc Lily zeszła powoli ze swojego ukochanego łóżka. Przejechała raz tuszem do rzęs po oczach i ruszyła do drzwi. Została w szacie, w której była, nie miała po co się szykować.
W Pokoju Wspólnym wszystko się zmieniło. Z tłumu uczniów zostali tylko ci od 5 klasy wzwyż. Meble ktoś przesunął pod ściany, żeby było miejsce do tańczenia. Na stołach stał nie tylko, tak jak mówiła Dorcas, stos Ognistej Whisky, ale też Piwa Kremowego i jakiś przekąsek. Jedzenia właściwie już prawie nie było - Peter się do niego dorwał. Z sufitu zlatywały czerwono-złote serpentyny, a na oknach wisiały hamaki (?). Całe pomieszczenie oczywiście wypełniała głośna muzyka. Pokój zapewne został wyciszony zaklęciem, bo inaczej obudziliby już cały zamek.
Lily nie wiele myśląc chwyciła butelkę Piwa Kremowego po czym siadła na hamaku i zaczęła się bujać. Oglądała tańczących gryfonów, niektórzy wyglądali na prawdę dziko, inni poruszali się jak w transie. Zaczęła wyobrażać sobie, że są członkami jakiegoś plemienia i tymi wygibasami chcą obudzić jakiegoś pogańskiego boga. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero jakiś spadający na nią ciężar. To huncwoci rozsiadli się na jej hamaku. Teraz prawie dotykali podłogi, nie dało się już husiać. Piwo całe się jej wylało na jakiegoś chłopaka, który chyba nawet tego nie zauważył. Lily spojrzała ze złością po kolei na każdego z huncwotów. Lupin zezował gdzieś na sufit, Peter był cały czerwony i spocony, James był chyba tym chłopakiem, na którego wylało się piwo, bo miał całą poplamioną koszulkę, a Syriusz trzymał w rękach 8 butelek Ognistej - 5 pustych, 2 pełne. Wyjęła Łapie jedną pełną butelkę i napiła się. W gardle poczuła niesamowite gorąco i pieczenie. Wewnątrz siebie poczuła jak wzrasta jej śmiałość i odwaga. Dobra Stara Ogniska Whisky Ogdena - działa od razu.
- Uuu pani prefekt. Komuś trzeba wstawić szlaban. - szepnął Black prosto do ucha Rudej.
- Zaraz tobie wstawię szlaban, jak dalej mi będziesz dmuchał do ucha.
- Ja ptfpfpf.. - reszta rozeszła się w jakimś dziwnym bełkocie. Syriusz podniósł się z hamaku (teraz był odrobinę wyżej, ale nadal nie dało się husiać). Chciał chyba gdzieś iść, ale ledwo trzymał się na nogach, więc znowu upadł ciężko obok Lily.
- No no Łapo. Ty to jednak jesteś mistrzem. Nie minęło nawet 10 minut imprezy, a ty już jesteś zalany jak trup.
- Rogacz wypił więcej. Ścigaliśmy się. - powiedział załamany kładąc głowę na ramieniu Remusa.
- Można było się tego spodziewać. - westchnęła Evans. Spojrzała teraz na Jamesa. Wpatrywał się w nią nieobecnym wzrokiem. - Chyba zasnął. - mruknęła i znowu wzięła duży łyk Ognistej.
Po kolejnych dwóch butelkach i kilku ciastkach do hamaka dosiadła się Dorcas. Trajkotała o czymś jakby ją ktoś nakręcił. Po niej przyszła Susan, która przypominała żywego trupa. Była blada i chodziła jak zombi. Hamak niebezpiecznie zbliżył się do podłogi, ale nie spadł. W końcu przyszła Alicja.
- Nie siadaj, bo się zar... - wykrzyknęła Lily, ale zagłuszył ją huk spadającego hamaku. Drewniana framuga, do której przyczepione były jego linki, pękła na pół i spadli. Każdy na kimś leżał, zakrywało ich pozostałe płótno hamaku, a połamane deski były wisienką na torcie. W Pokoju Wspólnym zapadła cisza, wszyscy zamarli i wpatrywali się z napięciem w tą dziwną kupkę. W końcu rozległ się nieopanowany chichot Lily. Wkrótce wszyscy znajdujący się w Pokoju gryfonów śmiali się do łez. Żadne z przyjaciół nie wpadło na pomysł, żeby podnieść się z podłogi, a może po prostu zasnęli. Pozostali bawili się dalej.


Rano Pokój Wspólny wyglądał okropnie. Połamane stoły, potrzaskane butelki, porozrzucane wszędzie resztki jedzenia, serpentyny pokrywające podłogę. Lily obudziła się z głową na torsie Pottera i z jego ręką przytulającą ją do siebie. Wzdrygnęła się i wstała gwałtownie, przewracając się na innych, którzy o dziwo się nie obudzili. Poszła do dormitorium trochę się przygotować na zaczynające się dzisiaj lekcje. W lustro wolała nie patrzeć.
Zeszła samotnie do Wielkiej Sali na śniadanie i usiadła przy stole gryfonów. Uczniowie innych domów już dawno zaczęli jeść. Nałożyła sobie na talerz trochę jajecznicy, a jej głowę zajęły myśli o zemście na huncwotach. Eliksir Miłości byłby doprawdy wspaniałym pomysłem, gdyby nie fakt, że trzeba go gdzieś uwarzyć. Profesor Slughorn na pewno użyczyłby jej i Severusowi potrzebnych składników, ale czy pozwoliłby im na przygotowanie tegoż eliksiru w jego gabinecie? Rozmyślając nad aspektami ich planu dziubała zawzięcie w swojej jajecznicy, która po chwili wyglądem bardziej przypominała podejrzaną papkę.
- Nie znęcaj się tak nad tym jedzeniem - z zamyślenia wyrwał ją rozbawiony głos Dorcas. Spojrzała na nią trochę nie przytomnie, omiotła wzrokiem stół gryfonów, większość uczniów już przybyła do Sali.
- Mmmm ale jestem głodna... - mruknęła Alicja, która też już tu była. Nabiła na widelec kilka kiełbasek i zjadła je ze smakiem - Co to? Jakiś nowy specjał? - spytała patrząc na talerz Lily.
- Tak, skrzaty domowe wymyśliły nowe danie! Zupę a'la jajecznica - odpowiedziała Ruda. Ledwell rozejrzała się nad tym specjałem, ale niczego podobnego nie znalazła.
- Och, już nie ma - powiedziała rozczarowana.
- Żartowałam głupolu!
- No wiesz... - ale nie dane jej była skończyć, bo drzwi Wielkiej Sali otworzyły się z wielkim trzaskiem i weszli do niej huncwoci lekko się zataczając.
- A im co się stało? Nie wytrzeźwieli przez noc, czy ich niedorozwinięte mózgi nie radzą sobie z tak prostą czynnością jaką jest stawianie kroków? - zapytała beznamiętnie Lily.
- A bo ja wiem - odpowiedziała Dorcas ledwo powstrzymując śmiech.
Kiedy w końcu czwórka przyjaciół dotarła jakoś do stołu, usiadła na krzesłach z wielkim trudem i chwyciła półmiski z jedzeniem, te wyczyściły się i zalśniły złotem. Syriusz wydał z siebie jakiś dziwny jęk przypominający trochę skomlenie psa. Za to rozradowany Peter zacierał ręce z dzikim błyskiem w oczach. Wszystkich gryfonów to mocno zdziwiło, każdy wiedział, że ulubioną czynnością Pettigrew było jedzenie. Chłopak zdał sobie wreszcie sprawę, że wszyscy patrzą na niego przerażeni i z mieszaniną zdziwienia i zaniepokojenia na twarzy wyjaśnił wszystkim:
- No co? Mam w końcu jakiś pretekst, żeby pójść do kuchni. Skrzaty Domowe zawsze dają mi te pyszne eklerki - zakończył z rozmarzoną miną, a gryfoni wybuchnęli śmiechem. Peter chyba nawet tego nie zauważył, pogrążony w marzeniach.
Do ich stołu podeszła profesor McGonagall i rozdała wszystkim plany zajęć. Lekcje zaczynały się dwoma godzinami eliksirów ze ślizgonami. W porównaniu do innych gryfonów, którzy mieli miny jakby szli na ścięcie, Lily była zadowolona. Lubiła eliksiry, zwłaszcza z Severusem u boki, który często jej pomagał. Poza tym może już dziś uda im się wykombinować składniki na Eliksir Miłości.
Gryfoni i ślizgoni zebrali się przed klasą Slughorna, a kiedy drzwi się otworzyły ogarnął ich niesamowity zapach. Pierwszy odezwał się James.
- Pachnie tu Lily! Aaaach co za piękny zapach mmmm.... - mruczał raz po raz wciągając nosem powietrze, wyraźnie się nim delektując. - i... i moją miotłą i... - dalej już nie dokończył, bo w całości oddał się temu zapachowi. Severus spojrzał dziwnie na Lily, jakby nie wiedział, dlaczego otacza ona wszystkich swoją wonią.
- Ja czuję tylko zapach naszej polanki, tych kwiatów... chyba pergaminu... i taki zapach, taki twój - powiedziała lekko zdziwiona i nagle zdała sobie sprawę co tworzy niesamowite zapachy, dla każdego inne...
- Amortencja - powiedziała jednocześnie z Severusem. Stanęła na palcach, żeby zrównać się wysokością z przyjacielem i powiedziała mu do ucha - Wspaniale, może uda nam się zabrać trochę - obdarowała go promiennym uśmiechem. Ślizgon odwzajemnił uśmiech. Lily poczuła szturchnięcie w bok. Odwróciła się, to była Alicja. Posłała jej niedowierzające spojrzenie.
- Ze ślizgonem? - spytała z nutą niedowierzania w głosie.
- O co ci zaś chodzi? - odpowiedziała Ruda, a Alicja wskazała na Snape'a. - Ale przecież nic...
- Dobra, rozumiem - przerwała jej z dziwnym uśmiechem. Jakby opiekuńczym? - Ale uważaj na Pottera, bo jak się dowie, to Snape będzie miał kłopoty... - ostrzegła cicho.
- Jakby już wcześniej ich nie miał... - rzuciła Evans i usiadła w ławce z Alicją oraz (ku zdumieniu przyjaciółki) Severusem.
Profesor Slughorn zaczął opowiadać o SUM-ach, więc Lily pogrążyła się w rozmowie ze Snape'em.
- Możemy wziąć trochę tego eliksiru - zaczęła.
- Tak, wtedy nie musielibyśmy go warzyć...
- Tylko trzeba go pobrać tak, żeby Malfoy nie zauważył...
- Bo się zorientuje...
- Lily, Severusie co jak co, ale po was, moich najzdolniejszych uczniach, spodziewałem się, że zainteresują was wszelkie informacje o sumach. Jak się myliłem... - przerwał im tą wymianę dopełniających się zdań Slughorn. - Jednakże nie mogę was za to winić. To jasne, że w pierwszym dniu szkoły nie będziecie mieli ochoty na słuchanie moich nudnych wywodów... Jeszcze te nęcące zapachy eliksiru, który na dziś przygotowałem. Wiem doskonale, że panna Evans może mi wiele o nim opowiedzieć.
- Tak.. No cóż. Ten eliksir, to Amortencja, czyli Eliksir Miłości. Łatwo go rozpoznać po połysku przypominającym macicę perłową i parze, która wzbija się w charakterystycznych spiralach. Oczywiście zapach, który z siebie wydobywa, dla każdego jest inny... zależnie od upodobań.
- Tak! Doskonale! 10 punktów dla Gryffindoru! Ktoś chciałby jeszcze coś dopowiedzieć? - zapytał profesor wyraźnie patrząc na Severusa. Ręka Snape'a powoli wzniosła się w górę, jakby od niechcenia, ale każdy wiedział, że ślizgon mógłby gadać o eliksirach bez końca.
- Tak Severusie?
- Amortencja jest mimo wszystko bardzo groźna. Wzbudza w osobie, która go wypije nie miłość, ale obsesję. Człowiek gotów jest zrobić wszystko dla obiektu swojego pożądania. Nawet popełnić morderstwo. - powiedział trochę mrocznym głosem po czym dodał już tym normalnym  - Im dłużej się go przetrzymuje tym jego działanie jest silniejsze, poza tym amortnecja jest najsilniejszym eliksirem miłosnym. Ale bardzo łatwo jest zrobić antidotum.
- Wspaniale! Slytherin także otrzymuje 10 punktów. Rzeczywiście antidotum jest bardzo proste w wykonaniu, a tym właśnie się zajmiemy na naszej lekcji. Później będziecie mogli sobie obejrzeć Eliksir Miłości z bliska. - wskazał ręką na kociołek stojący na biurku. Tak pożądany przez Lily i Severusa. Oboje wiedzieli już co mają zrobić. Mrugnęli do siebie porozumiewawczo i razem z innymi zaczęli mieszać antidotum.
Minęło kilka minut kiedy nadszedł tak wyczekiwany przez nich moment. Każdy uczeń mógł podejść do wywaru, napawać się jego kojącym, wymarzonym zapachem. Kiedy już większość uczniów wróciła do ławek Severus ruszył, z fiolkami schowanymi za pazuchę, do biurka. Lily pokazała mu na palcach dwójkę rada, że nikt tego nie zauważył. Żeby odwrócić uwagę klasy i Slughorna zadała Ślimakowi pytanie:
- Profesorze, czy gdybym teraz napiła się tego eliksiru, to czy... eee... czy bym się w panu zadurzyła?
- Spodziewałem się tego pytania już od początku lekcji...
Ale Lily już go nie słuchała. Zajęta była patrzeniem na Snape'a, który napełniał drugą fiolkę płynem z kociołka. W końcu wrócił, a wtedy zdała sobie sprawę, że Slughorn ją o coś pyta.
- Lily, nie chcesz podejść do tego jakże interesującego eliksiru?
- Ja...? To znaczy... Tak. Jasne. - powiedziała szybko, wygramoliła się jakoś z ławki i podeszła do kociołka. Zamknęła oczy wdychając wzlatujące z niego opary. Od razu przypomniały jej się wszystkie wspaniałe chwile z Severusem. Bijący z garnka zapach rozgrzanej słońcem ziemi, świeżej trawy i kwiatów wsunął do jej głowy obrazy ich ulubionej polanki. Kiedy nie bawili się w parku, często leżeli na niej patrząc się w niebo, oglądając obłoki, najczęściej w milczeniu. Nie potrzebowali rozmowy, żeby dobrze spędzać ze sobą czas. Znane pojęcie rozumienia się bez słów doskonale odzwierciedlało ich sytuację.
Peter Pettigrew, siedzący w pierwszej ławce - jak teraz Lily zauważyła, wpatrywał się z dziwnym pragnieniem w oczach w amortencję. Wyglądał tak jakby zaraz miał się na nią rzucić i wychłeptać całą jej zawartość. Nie chcąc być świadkiem czegoś takiego, Evans wróciła pośpiesznie do ławki. Uradowany Severus pokazał jej dwie pełne połyskującego płynu fiolki.
- Super Sev. - mruknęła i uścisnęła lekko, po przyjacielsku ślizgona. Oczywiście zauważył to, jak zwykle obserwujący każdy jej ruch, Potter. Teraz patrzył na Snape'a z rządzą mordu w oczach. Mistrz Eliksirów tylko uśmiechnął się tryumfalnie i posłał pobłażliwe spojrzenie swojemu największemu od zawsze wrogowi.
Lekcja dobiegała powoli końca. Profesor Slughorn napoił jakąś fioletową żabkę eliksirem, a ona od razu zaczęła się do niego kleić. Zaraz wziął jednak od Severusa antidotum, żeby przedstawić jego działanie uczniom, i podał je płazowi. Biedne zwierzątko zostawiło Slughorna w spokoju, teraz próbowało się wydostać z jego uścisku.
Nareszcie nauczyciel oznajmił koniec lekcji. Lily wyszła z klasy z błogim uśmieszkiem na twarzy.

wtorek, 25 listopada 2014

1. Chytry plan.

Lily Evans pakowała do swojego kufra świeżo wyprane i wyprasowane szaty, nowe księgi, zapas składników eliksirów na cały rok, pergaminy, pióra i wiele innych dziwnych dla mugoli przedmiotów. Już jutro miała pojechać na stację stację King's Cross, by pociągiem dojechać na 5 rok nauki w Hogwarcie. Do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Już nie mogła się doczekać powrotu do zamku.
Może to dziwne, ale Lily kochała się uczyć. Do jedenastego roku życia chodziła, jak każdy "normalny" człowiek, do "normalnej" nie magicznej szkoły. Zawsze miała najlepsze oceny ze wszystkich przedmiotów, co nie zmieniło się w Hogwarcie. W zamku uważana była za najmądrzejszą uczennicę. I choć była taka mądra, ku zdziwieniu wszystkich, nie trafiła do Ravenclawu, w którym ceniono sobie ludzi bystrych, lecz do Gryffindoru. Być może przez jej temperament. Nie była dziewczyną, która daje sobie w kaszę dmuchać.
Jednym przykładem były jej relacje z niejakim Jamesem Potterem. Gryfonem na tym samym roku co ona, szukającym* w drużynie quidditcha oraz drugim najprzystojniejszym chłopakiem w Hogwarcie (na pierwszym miejscu jest jego przyjaciel Syriusz Black). Dziewczyny, które kochały się w tej dwójce huncwotów stworzyły fanclub Black & Potter. Zebrała się ich spora kupka. Zarówno ze starszych klas, młodszych, jak i z ich rocznika. Wszystkie ubiegały o względy Pottera, ale bez skutku gdyż ten cały czas wzdychał do Lily (o względy Blacka też, jednak z dużo lepszym skutkiem, dopóki się nie znudziły). Evans jednak nigdy się nie zgodziła, ku uciesze fanek, ani nic nie wskazywało na to, że zgodzi się z nim umówić. Gdyby James nie był taki dziecinny, nie obrażał jej, nie dokuczał, nie poniżał jej wiernego przyjaciela, to być może kiedyś coś by się zmieniło. Ale nic nie wskazywało na to, że Rogacz (taką ksywkę ma Potter) wydorośleje lub chociaż się opanuje. Tak więc kiedy krzyczał "Evans umówisz się ze mną?!" zawsze otrzymywał odpowiedź "Nigdy Napuszony Łbie!" lub "Chyba w twoich snach Potter!".
W tym roku Lily miała na tyle przewagę nad Potterem, że została prefektem, więc nawet najmniejszy błąd mógł skończyć się dla niego szlabanem.
Kiedy głowę Rudej zajęły coraz to okrutniejsze kary dla Rogacza, jej kufer nie napełnił się ani trochę. Lily chętnie użyłaby magii, ale niestety poza Hogwartem nie można jej używać, a ona już kilka razy to zrobiła w ciągu wakacji. Dostała listy od Ministerstwa Magii z ostrzeżeniem, więc wolała nie ryzykować. W końcu mogli ją wyrzucić z jej ukochanej szkoły. Ale tak na prawdę nie to było najgorsze.
Lilyanne nie wytrzymałaby w jednym domu ze swoją siostrą Petunią dłużej niż było trzeba. Kiedyś dogadywały się wspaniale, dopóki Severus Snape nie powiedział Lily, że jest czarodziejką. Tego dnia siostry oddaliły się od siebie.  A prawdziwe piekło zaczęło się kiedy Ruda dostała list z Hogwartu. Petunia zaczęła nazywać ją dziwolągiem i cały czas się wywyższała. Co roku było coraz gorzej. Kiedy unikały siebie nawzajem było najlepiej. Obie się nie odzywały.
Lily spojrzała zmęczona na swój kufer, a ciemne rude włosy opadły jej na twarz. Po krótkim namyśle dziewczyna stwierdziła, że nie ma sensu się teraz pakować, miała jeszcze mnóstwo czasu. Z przyrzeczeniem, że zrobi to później wyszła z domu.
Na dworze było pogodnie, gałązkami drzew poruszał lekki wietrzyk. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a słońce grzało przyjemnie. Lily położyła się na miękkiej trawie i patrzała na piękne, błękitne niebo.


Następnego dnia Lily wstała o siódmej. Chciała jeszcze trochę pospać, ale wtedy do głowy wsunęła się jej okropna myśl. Niezapakowany kufer. Miała zrobić to wczoraj, ale zasnęła na dworze i tata przyniósł ją do pokoju.
Mimo iż kufer był już prawie spakowany, szukanie różnych porozrzucanych po pokoju rzeczy zajęło Lily ponad godzinę. Całkowicie gotowa była o dziesiątej. Do odjazdu pociągu miała jeszcze godzinę. Zwlokła kufer na dół po schodach i ustawiła pod drzwiami. Jej rodzice jedli jeszcze śniadanie. Z jej miasteczka do Londynu jechało się ok. 30 min. więc miała jeszcze trochę czasu. Poszła więc do salonu pooglądać telewizję. Na szczęście Petunia jeszcze spała, więc jej tu nie było. Lily puściła jakiś mugolski serial, strasznie denny. Nawet życie niemagicznych ludzi było ciekawsze.
Mark i Mary Evans zjedli w końcu śniadanie, włożyli kufer do bagażnika samochodu i wraz z córką ruszyli w drogę. Na samą myśl o spotkaniu się z przyjaciółmi serce Lily zabiło mocniej. Już za kilka minut spotka Dorcas Meadowes, Susan Disaster** i Alicję Ledwell. No i oczywiście Severusa Snape'a, ale z nim często się spotykała podczas wakacji, ponieważ mieszka nieopodal.
Nareszcie dotarli na stację, przeszli przez barierkę dzielącą peron numer 10 i 9 i znaleźli się przed pociągiem. Lily pożegnała się z płaczącą mamą oraz uśmiechniętym tatą i zaczęła szukać swoich przyjaciółek. Zamiast nich znalazła oczywiście tego wstrętnego natręta - Pottera.
- Lily! Piękności ty moja, strasznie za tobą tęskniłem! Wiem, że moja tęsknota nie dorównuje twojej tęsknocie, ale... - powiedział i wtulił się w nią mocno. Ta od razu zaczęła się wyrywać, ale Potter był za silny.
- Puszczaj mnie! Moja tęsknota jest równa zeru! Dlaczego ja zawsze muszę się na ciebie natknąć?!
- No dobrze. - puścił ją - A jeśli chodzi o ciągłe spotykanie mnie, to uważam, że to przeznaczenie. - stwierdził uśmiechając się "po huncwocku". Obok niego stali Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Pettigrew. Lily puściła uwagę o przeznaczeniu mimo uszu i zwróciła się do Remusa, który też został prefektem.
- Remus, widziałeś gdzieś Dorcas, Susan albo Alicję?
- Chyba już weszły do pociągu.
- Okej, dzięki.
Lily szybko od nich odeszła, żeby Potter znów jej nie zaczepił i ruszyła w stronę Severusa, który dopiero teraz przyszedł na dworzec. Kurtyna włosów spadała mu na twarz, czarne oczy rozglądały się podejrzliwie, jakby chciał sprawdzić, czy gdzieś nie czai się niebezpieczeństwo. W jego przypadku było to normalne. Huncwoci zawsze się nad nim znęcali i raczej wątpliwe było to, że dzisiaj sobie odpuszczą. Zwłaszcza, że był sam.
Przyjaciele przywitali się i pogrążyli w rozmowie na temat małego mózgu Pottera. Peron powoli pustoszał, bo rodzice swoich pociech już wracali do domów. Wkrótce rozległ się dzwonek oznajmiający, że pociąg za chwilę odjedzie. Fala uczniów ruszyła ku pociągowi. Lily i Severus byli jednymi z ostatnich, którzy do niego weszli. Chodzili szukając wolnego przedziału kiedy Lupin przypomniał Rudej o spotkaniu prefektów w ostatnim przedziale. Powiedziała ślizgonowi, żeby na razie sam poszukał dla nich miejsca i ruszyła za Remusem.
Spotkanie prefektów było strasznie nudne. Prefekci naczelni mówili im co mają robić, jakie mają obowiązki i których przedziałów mają pilnować. Im przypadł 4 i 5. Jak się okazało 4 zajmowali huncwoci, więc Lupin będzie ich pilnował (a jako, że sam też jest huncwotem, po prostu będzie z nimi siedział), a Lily zajmie się 5.
Spotkanie w końcu się skończyło, więc wyszli z przedziału. Po chwili ulgi Lily ogarnęła wściekłość. Na końcu korytarza 2/4 huncwotów (Peter tylko patrzał podniecony) groziło Snape'owi różdżkami. Evans pobiegła do nich ile sił w nogach. Uderzyła Pottera w potylicę i wyrwała mu różdżkę, po czym za jej pomocą rozbroiła Blacka.
- Jesteście nienormalni! Jeszcze nie dojechaliśmy do Hogwartu, a wy już zaczynacie! Wracajcie do przedziału i już z niego nie wychodźcie! - wydarła się tak głośno, że kilka osób wystawiło głowy ze swoich przedziałów.
- Bo co pani prefekt da nam szlaban? - szydził Black.
- A żebyś wiedział!
- Jasne, nie odważysz się.
- Tak? Black, Potter szlaban! Jutro o 17 u Filcha!
- Ty szl... - zaczął Syriusz, ale James mu przerwał. Dobrze wiedział, że chciał nazwać Lily szlamą, a wtedy kłopoty mieliby o wiele gorsze. Zresztą nigdy nie pozwoli, żeby jego ukochaną Lilunię ktoś obrażał.
- Zamknij się! I chodź już do przedziału. - posłał jeszcze spojrzenie swojej piękności i wszedł do przedziału. Wściekły Black wziął od Lily różdżkę i poszedł w ślad za Potterem. W drzwiach jeszcze się obrócił, szepnął "densaugeo" w stronę Snape'a i zniknął w przedziale. Severusowi w jednej chwili zęby zaczęły się wydłużać, po chwili sięgały już brody. Wyglądał na prawdę komicznie. Większość osób oglądających tą scenę wybuchnęło śmiechem.
- I z czego się śmiejecie?! Jeszcze raz ktoś spojrzy z przedziału, a też dostanie szlaban! - wybuchnęła Lily. Zasłoniła Snape'a i poszła z nim do łazienki. Była strasznie mała, kafelki na ziemi miały biały kolor, a na ścianach brzoskwiniowy. Przy jednej ścianie stała umywalka, a nad nią wisiało duże, popękane lustro. Z drugiej strony był plastikowy klozet. Na drzwiach ktoś się podpisał niezmywalnym markerem "Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz pozdrawiają". Nawet tutaj musieli coś po sobie pozostawić. Lily westchnęła.
Zęby Snape'a sięgały już do obojczyków. Gryfonka nie wiedziała jak ma skrócić te zęby. Chyba od razu po przybyciu do zamku Severus będzie musiał iść do Skrzydła Szpitalnego. Uśmiechnęła się do niego smutno. Kolejny raz Huncwoci zepsuli im humor.
- Przed ucztą pójdziesz do pani Pomfrey, ona coś zrobi z tymi zębami. 
Pani Pomfrey była pielęgniarką w Hogwarcie. Na wszystko miała jakiś eliksir lub czar. Severus skrzywił się, co bardzo dziwnie wyglądało przez te zęby.
- Przynajmniej ominie cię nudna Ceremonia Przydziału. - starała się go pocieszyć Lily. Niestety oprócz Ceremonii Przydziału ominie go zapewne także uczta.
- Majne pofiefene. - mruknął ślizgon. Ledwo dało się go zrozumieć. Jedynym plusem w tej sytuacji było to, że zęby przestały już rosnąć.
- Wiem. Jakoś się na nich zemszczę. Można im nalać amortencji do picia! Ale wtedy by pokochali nas, a ja mam ich już dość. Zawsze można poprosić Malfoya, żeby im tego dolał. Wtedy w nim by się zakochali. Wyobrażasz sobie ich latających za Lucjuszem i wyznającym mu miłość?
Zaśmiał się donośnie, co zabrzmiało jak szum.
- Szkoda, że nie mam amortencji. 
- Feci pfet toboł mift elikfiów, moeł go ufaszyć.
- Hahaha, szkoda że to jest zabronione...
- Nift nie mufi sieł dofiecieć.
- Masz rację. Huncwoci co rok robią takie rzeczy, że powinni zostać wywaleni ze szkoły już ze sto razy! My też możemy sobie na coś pozwolić! Musisz tylko jakoś przekonać Malfoya, żeby dolał im tego do soku. Możesz powiedzieć, że to jakaś trucizna, czy coś. - mrugnęła do niego. W łazience w dachu było okno. Niebo było już ciemne, za chwilę dojadą na miejsce. Po chwili pociąg zaczął zwalniać. Poczekali aż wszyscy wyjdą z pociągu i wyszli z łazienki. Lily chciała za wszelką cenę ochronić Severusa przed uczniami, pokazującymi go palcami i śmiejącymi się na jego widok. W końcu musieli wysiąść. Większość uczniów już zniknęła w pojazdach bez koni, ale zostało ich jeszcze spora kupka (uczniów). Z daleka było słychać jak Hagrid, gajowy w Hogwartu, woła pierwszorocznych.
Weszli do jednego z powozów razem z jakimiś drugoklasistami. Oczywiście przyglądali się Snape'owi z pięściami w buzi, żeby nie wybuchnąć śmiechem, ale nic nie powiedzieli. Po kilku minutach dotarli na miejsce. Ślizgon starał się zasłonić zęby, ale nie wiele mu to dało. Były za duże. Szybko poszli do Skrzydła Szpitalnego gdzie musieli się pożegnać. Lily wróciła do Wielkiej Sali. Ominęła ją już piosenka Tiary Przydziału i teraz McGonagall wywoływała po kolei pierwszaków, żeby kapelusz przydzielił ich do właściwego domu. Ruda usiadła przy stole Gryffindoru i od razu rzuciła się na swoje przyjaciółki. Strasznie za nimi tęskniła. Po jakimś czasie wszyscy zostali przydzieleni do odpowiednich domów i teraz czekali na przemowę Dumbledore'a.
- Witam serdecznie starych uczniów jak i tych nowych. Wiem, że jesteście strasznie głodni, więc tylko przypomnę wam o pewnych zasadach. - zaczął z szerokim uśmiechem na ustach. - Uczniowie nie mają prawa wchodzić do Zakazanego Lasu, nie radzę sprawdzać dlaczego. - mrugnął w stronę stołu Gryffindoru. - Macie jeszcze dołożonych kilka zakazów, jeżeli ktoś kiedykolwiek będzie chciał je przeczytać, są wywieszone na drzwiach gabinetu pana Filcha. No dobrze, wsuwajcie! - zakończył, a na stołach pojawiły się wspaniałe potrawy. Ich zapach wypełnił całą Salę. Lily niemal rzuciła się na jedzenie, nałożyła sobie wszystkiego po trochu. Kiedy już wszyscy się najedli talerze i półmiski wyczyściły się, a na ich miejscu pojawiły się niesamowite desery. 
- Jeśli już wszyscy najedzeni, to niech pójdą za prefektami swoich domów. Dobranoc! - odezwał się jeszcze Dumbledore. Wszyscy uczniowie wstali i patrzyli wyczekująco na Lily i Remusa. Oni w końcu zorientowali się, że są prefektami i wstali nawołując pierwszaków, żeby szli za nimi. Lily jeszcze spojrzała na zaczarowane sklepienie, było granatowe i upstrzone gwiazdami jak niebo. "To będzie wspaniały rok" - pomyślała Gryfonka.



*Gdzieś przeczytałam, że J. K. Rowling powiedziała, że James Potter był ścigającym, ja jednak napisałam, że jest szukającym, ponieważ często bawił się zniczem.
**Postać wymyślona przeze mnie.